Dlaczego uwalniać ryby?

Sportowe łowienie ryb to bez wątpienia jedno z najbardziej rozpowszechnionych hobby na całym świecie. Nad wodą spotykamy łowiące pod okiem rodziców dzieci, młodzież, panie, a także ludzi starszych szukających wytchnienia od zgiełku codziennego życia. Miłośników wędkarstwa, dla których spotkanie z rybami stało się nie tylko ulubionym zajęciem, ale wręcz sposobem na życie. Każdy z nas – wędkarzy, ma swoją definicję wędkarstwa, jednak jednym ze wspólnych mianowników odróżniających nas od zawodowych rybaków, pozostaje bezinteresowna przyjemność z łowienia ryb.
Wszystko to sprawia, że presja na zasoby wodne z roku na rok się powiększa. Wraz z rozwojem technologicznym, nieograniczonym dostępem do transportu i komunikacji, nawet najodleglejsze zakątki świata przestały być barierą dla osób szukających wrażeń z wędką w ręku. Dziś informacja o dobrym łowisku rozchodzi się w mgnieniu oka, a natura zdaje się pozostawać nieco w tyle. Tak jak kiedyś potrafiła samoistnie nadrabiać to co człowiek jej zabierał, odradzać się po największych grabieżach, tak dziś zwyczajnie nie nadąża. Już wiele lat temu zdano sobie sprawę, że korzystanie z zasobów naturalnych nie może odbywać się w sposób nieograniczony. W przypadku gospodarki wędkarsko-rybackiej, przez wiele lat tylko zarybienia traktowano jako remedium na spadające pogłowie ryb. Na domiar złego, na przestrzeni lat wzrosło zanieczyszczenie środowiska, a w ślad za tym niszczenie naturalnych tarlisk i eutrofizacja akwenów wodnych. Wciąż nie rozwiązano ostatecznie kwestii kłusownictwa, nadmiernej eksploatacji ze strony rybactwa, a stworzone wiele lat temu prawo i regulaminy, które docelowo miały chronić przedstawicieli wodnego świata przed naszą zachłannością, już dawno straciły znamiona bycia adekwatnym do obecnych czasów i realiów.
Niestety spadające pogłowie ryb nie jest już dziś żadną tajemnicą ani wielkim odkryciem. Skoro udało się przełowić ławice ryb morskich, tym dobitniej rozprawiliśmy się z populacjami ryb na śródlądziu. W akwenach, których skala, a zatem i linia stabilności ekosystemu jest nieporównywalnie mniejsza. Mimo, że wiąż trafiają się wędkarzom rekordowe ryby, to chyba każdy z nas zdaje sobie sprawę, że złowienie medalowego okazu z roku na rok staje się coraz trudniejsze. Czytając literaturę opisującą dawne połowy wędkarskie na Mazurach, Pomorzu czy dużych nizinnych rzekach, aż trudno uwierzyć, że jeszcze nasi ojcowie i dziadkowie mieli szanse i szczęście łowić w niezwykle rybnych łowiskach, gdzie spotkanie z metrowym szczupakiem, ogromnym sumem czy wielkim złotym leszczem było codziennością. Dziś pozostały wspomnienia, a w poszukiwaniu ryby życia przebieramy w ofertach biur turystycznych, oferujących wyjazdy na najlepsze światowe łowiska, w których…. – najczęściej obowiązuje zasada całkowitego zakazu zabierania złowionych ryb.

Za nasze coraz nienajlepsze wyniki obwiniamy kłusowników, niewystarczające zarybienia, rybaków, kormorany, bobry, norki, zapory, ścieki, pełnię księżyca… Innymi słowy doszukujemy się winy wszędzie, byle z dala od siebie. Zgodzę się, że naturalny ekosystem to bardzo skomplikowany twór natury i często nie można wskazać tylko jednego czynnika mającego negatywne skutki. Jednak wracając do naszych realiów, jest wiele łowisk, które były poddane tylko presji wędkarskiej. Nie ma na nich odłowów rybackich, po upadku przemysłu znacznie poprawiła się jakość wody, poziom zarybień pozostał zbliżony, a ryb jakby nie przybyło. Wręcz odwrotnie. Od kiedy na zbiorniku z kilku łódek, zrobiło się kilkadziesiąt, złowienie ciekawej ryby staje się nie lada wyzwaniem, a jeszcze kilkanaście lat temu… Powinniśmy sobie zatem uświadomić, że dysponując nowoczesnym sprzętem, doskonałymi przynętami, techniką satelitarną, echosondami, w czasach gdy dotarcie do najodleglejszych zakątków nie stanowi większego problemu, staliśmy się bardzo wprawnymi myśliwymi, mogącymi skutecznie konkurować nawet z brygadami rybackimi. Informacja o skupiskach ryb i ich dobrym żerowaniu rozchodzi się błyskawicznie, a w ślad za tym w ciągu krótkiego czasu grupa wędkarzy, może skutecznie wyłowić całe stado ryb.
Z naukowego punktu widzenia największe osobniki danego gatunku to bezcenne nośniki genów. Przez lata wmawiano nam, że tarło ryb mniejszych jest dużo bardziej skuteczne, że największe drapieżniki to szkodniki, które więcej jedzą niż rosną, generalnie że z dużymi rybami jest więcej kłopotu niż pożytku. Tam gdzie prowadzi się profesjonalne badania ekosystemów wodnych stwierdzono, że zabijanie okazów przynosi opłakane skutki dla całych populacji. Okazało się, że regularne wyławianie największych osobników zmniejsza średni wymiar ryb nie na przestrzeni dziesiątek lat, ale w znacznie krótszym okresie czasu. W naturze nie ma miejsca na przypadki. Jeśli przez tysiące lat ekosystem doprowadził do wykształcenia się półtorametrowych szczupaków, to był ku temu powód i tarło ogromnych samic (w przypadku tego gatunku, niemal wszystkie ryby powyżej 90cm to samice) musiało być skuteczne. To znaczy, że miały ku temu warunki i z naturalnych powodów ich stały wzrost był cechą preferowaną.
Jednak nic tak nie przemawia do rozsądku jak pieniądze. Pasjonaci naszego hobby, gnani wizją spotkania z taaaką rybą, są często skłonni zapłacić olbrzymie pieniądze, za samą możliwość łowienia w łowisku, w którym można spodziewać się wielkich ryb. Przecież nikt nie daje gwarancji, że jadąc do Hiszpanii złowimy 2 metrowego suma, że każdy wyjazd do Szwecji skończy się spotkaniem z metrowym szczupakiem lub 10 kilowym łososiem. Mimo to, płacimy za promy, samoloty, paliwo. Kupujemy łodzie, licencje, najnowszy sprzęt, zanęty. Dźwigamy kilogramy przynęt, elektroniki, aparaty fotograficzne itp. Jest tylko jeden warunek – w łowisku muszą być ryby, duże ryby. W przeciwnym razie pozostanie nam łowienie płotek, co owszem może być równie piękne, ale raczej nigdy nie będzie motorem napędowym gospodarki całych regionów. Gdyż u podstaw każdej kolejnej wyprawy leży przesłanie, aby tym razem przechytrzyć większą i jeszcze większą rybę. Gdyż łowienie ryb samo w sobie może być owszem pasjonujące, ale gdzieś głęboko zawsze wierzymy, że kolejne branie przyniesie nam rybę życia. Zabijając naszą rekordową rybę, sami odbieramy sobie szansę na spotkanie z jeszcze większym przedstawicielem wodnego świata. A jeśli złowiony metrowy szczupak był ostatnim tak dużym szczupakiem w naszym łowisku?
Skoro spotkanie z dużą rybą daje nam tyle radości, wyzwala tyle emocji, to czy naszemu ulubieńcowi nie należy się odrobina szacunku? Dlaczego szanujemy stu letnie dęby, zabytki, dzieła sztuki, krajobrazy, a nie szanujemy metrowych szczupaków czy półmetrowych okoni? Czy takie ryby, które w życiu pokonały wiele przeszkód, nie powinny także nosić miana pomnika przyrody?
Czy faktycznie żyjemy jeszcze w czasach głodu? Czy większą wartością jest dla nas dobry smak czy po prostu „zapchanie” żołądka? Jak można kulinarnie porównywać starego, suchego, rozmrożonego szczupaka od świeżego i soczystego mięska świeżo złowionej kilowej rybki? Ile jesteśmy w stanie zjeść na jedną kolację? Jaki jest dla nas koszt złowienia dużej ryby, a jaki zakupu mięsa w sklepie? Bo jeśli jeździmy na ryby tylko po to, aby zapchać lodówkę to proponuję wziąć kalkulator i przeliczyć, czy przypadkiem zakupy w hipermarkecie nie wyjdą taniej.
We wszystkim bowiem należy zachować zdrowy rozsądek i umiar. Nie namawiamy do całkowitego zakazu zabierania ryb. Jak ktoś lubi i ma ochotę zjeść świeżą, przyrządzoną według własnego przepisu rybkę, to ma takie prawo. Pamiętajmy jednak, że drapieżniki stoją na szczycie piramidy pokarmowej i jako grupa, są najmniej liczne. Metrowy szczupak, w zależności od specyfiki danego akwenu, musi rosnąć od 10 do 15 lat. Jeśli go zabijemy, na następnego przyjdzie nam długo czekać. Jeśli zatem sami nie zaczniemy chronić naszych wód, coraz dalej będziemy musieli jeździć w poszukiwaniu wędkarskiego szczęścia. Jeśli nie zaczniemy uwalniać złowionych przez nas ryb, coraz drożej będziemy musieli płacić za przyjemność wędkowania w rybnym łowisku.
Tak powstała idea Złów i Wypuść. Warto sobie uświadomić, że w rzeczywistości stosuje ją każdy wędkarz. W końcu wszyscy uwalniamy ryby niewymiarowe. W celu umożliwienia rybie przystąpienia do choćby jednego tarła, dla cennych gospodarczo gatunków, ustawodawca ustalił dolne wymiary, poniżej których złowioną rybę należy z całą starannością wypuścić do jej naturalnego siedliska. Ustalono także limity ilościowe, które niestety z biegiem czasu stały się zbyt duże. Dlatego świadomi swojego wpływu na ulubione łowiska wędkarze, postanowili zaostrzyć te zbyt liberalne przepisy i uwalniać już nie tylko ryby małe, ale także większe i te najbardziej cenne dla ekosystemu – największe okazy szczególnie ryb drapieżnych. Z czasem okazało się, że przynosi to bardzo pożądane efekty. W łowiskach objętych zasadą Złów i Wypuść łowiono coraz większe ryby, a do tego coraz częściej odnotowywano przypadki łowienia tych samych ryb wielokrotnie. Zatem ten sam okaz mógł cieszyć kolejnych łowców, a co więcej mógł osiągać coraz to większe rozmiary. W ten sposób, pojęcie Złów i Wypuść przestało być górnolotną ideą wędkarzy, którzy w geście dobrej woli zwracali wolność godnemu przeciwnikowi, ale stało się narzędziem kontroli i utrzymania ograniczonych bądź co bądź populacji ryb.
W opinii większości uznanych autorytetów wędkarskich, a także naukowców zajmujących się populacjami ryb, idea Złów i Wypuść to jedyna szansa na pogodzenie wędkarstwa i naturalnych łowisk. Oczywiście przemyślane i kontrolowane zarybienia będą konieczne. Ochrona tarlisk wraz z dążeniem do renaturalizacji rzek i jezior nadal stanowić będą podstawę działań ekologicznych. Jednak my wędkarze także mamy olbrzymi wpływ na nasze ulubione łowiska i narzędzie jakim jest metoda Złów i Wypuść doskonale służy ochronie najcenniejszych mieszkańców wodnego świata. Uwalnianie ryb ma jednak sens tylko wówczas, jeśli zwracany naturze okaz ma szanse na przeżycie. Prawidłowe obchodzenie się ze zdobyczą powinno stać się zatem priorytetem zarówno dla początkujących miłośników naszego hobby, ale także doświadczonych wędkarzy, wśród których wkradła się rutyna i nie zaszkodzi odświeżenie sobie podstawowych zasad i prawideł.
Mateusz Baran